Menu ☰

Turtle Lake – wieczorne podjadanie w Sajgonie

Moja miłość do Wietnamu zaczęła się na ulicy. Tu się mieszka, bawi, gotuje, je, kłóci, targuje, randkuje, dłubie w nosie i w zębach. Uwielbiam to! Takie życie poza domem (w którym zwykle ciasno i tłoczno) jest domeną większości azjatyckich krajów, ale to tu zgrało się z idealnie wpasowanym w moje gusta jedzeniem i jakąś wewnętrzną harmonią, którą czuję przemierzając wietnamskie prowincje, miasta i miasteczka.

 

Po 4 miesiącach przerwy wylądowałam w Sajgonie i na powrót zanurzyłam się w jego kipiących zakamarkach, karmiących bez przerwy, czy to o świcie, czy późną nocą, miliony mieszkańców. Nadmiar – tak spokojnie można by dać na drugie tej wielkiej metropolii.

Żeby od niego nie zwariować postanowiłam ograniczyć włóczęgę głównie do moich okolic, których okrąglutkim centrum było Turtle Lake a.k.a. Ho Con Rua. Otoczone niewielkim parkiem i rondem, z charakterystyczną kolumną, która ma być ponoć mieczem wbitym w ogon wielkiego smoka, który zamieszkał sobie dawno temu pod miastem (tenże ogon miał być wg. zaleceń mistrza Feng Shui przytrzymywany przez wielkiego żółwia, stąd nazwa jeziora i jego żółwi (czyli de facto okrągły ;)) kształt.
Mniejsza z fauną, najważniejsze w żółwim skwerze jest to, że od późnego popołudnia do późnej nocy jest to wielka, skwiercząca i pulsująca życiem gospoda! Masa młodzieży, dzieciaków i dorosłych wpada tu by zajadać się typowymi dla tego miejsca i bardzo oryginalnymi przekąskami.

 


Jedna z wielu sprzedawczyń mojego ukochanego przysmaku – banh trang tron. ‘Wymieszany papier ryżowy’ jest pocięty nożyczkami na paseczki i wrzucony do torebki z wiórkami młodego mango, ziołami (głównie moim ulubionym rau ram czyli wietnamską kolendrą), drobnymi kawałkami suszonych mięs, przepiórczymi jajami i sosem chili. Jest to przepyszne, wymaga długiego żucia (papier i mięsa głównie), w trakcie którego powoli uwalnia się miks smaków. Uwielbiam! Wielka przyjemność za 15.000 vnd (0.65$). Te same stoiska sprzedają zwykle również banh trang cuon (20.000 vnd) czyli rolowany papier ryżowy, który skada się z tych samych składników co powyższa “sałatka”, zwiniętych w rulon i pociętych nożyczkami na małe kęsy. Uważajcie w trakcie przygotowywania bo zwykle chlusta się na to sosem chili i majonezem, przed czym ja się zawsze bronię.

 


|pl|
Kolejne z najpopularniejszym przysmaków – banh trang nuong (10.000 vnd) zwane też Vietnamese pizza. Znów papier ryżowy, tym razem grillowany (nuong) ze szczypiorem, jajkiem, maleńkimi suszonymi krewetkami, odrobiną mielonego mięsa i chili. Wychodzi z tego chrupiaca, gorąca jajecznica i jest szalenie dobra.
Na małej patelni smaży się banh trung nuong (15.000 vnd), rodzaj omletu z przepiórczych jajek. Posypany tymi samymi dodatkami co ‘pizza’ i serwowany z liśćmi rau ram, majonezem i chili (ja znów omijam ten zestaw) parzy podniebienie i smakuje obłędnie.

 

Dwie ciekawe pozycje – trung cut lon xao me czyli przepiórcze embriony smażone w tamaryndowym sosie (20.000 vnd) i bap xao – wietnamska, biała kukurydza (ma nie tylko inny kolor, ale też konsystencję, jest bardziej kleista/gomowata co szalenie w niej lubię), smażona z susznymi krewetkami i sporą łyżką margaryny (ta zresztą wpada też do jajeczno – tamaryndowego dania).

 


Hot ga nuong to ciekawa wariacja na temat jaja, której zrobienie ma element zabawy w wydmuszki więc świetnie się to wpasowuje jako wielkanocna atrakcja. Przez małą dziurkę w skorupce wylewa się jego zawartość i miesza z sosem rybnym, pieprzem oraz… miodem. Potem wlewa z powrotem i grilluje. Gotowe jajo je sie z mieszanką soli, pieprzu i soku z maleńkich kumkwatów oraz z dodatkiem rau ram – wietnamskiej kolnedry.
Sup cua to kubas gorącej, gęstej (zagęszczona dodatkiem mąki z tapioki) zupy z wiórkami krabowego mięsa i grzybami shitake (15.000 vnd).