Menu ☰

Najlepsze banh can w Hoi An!

image

|pl|
Trudno w Wietnamie o miejsce, którego nie pokocham, a to za sprawą jedzenia i ludzi, którzy to jedzenie serwują. Nawet w najmniej ciekawym, najbrzydszym miasteczku, przy wielopasmowej ulicy pełnej trąbiących, pędzących ciężarówek, skuterów i busów, wśród kałuż i stert śmieci, można znaleźć malutkie stoisko, gdzie spracowana wietnamka wyczaruje specjalnie dla Ciebie dodatkowy plastikowy stołeczek, obdarzy wyszczerbionym usmiechem i zaserwuje rewelacyjne przyrządzone jedzenie. Dodatkowo zapłacisz za to ekwiwalent 4-6 zł, choć wartość jest znacznie większa. Tym bardziej nie powinno być trudno namówić kogokolwiek na odwiedziny w Hoi An. Walory kulinarne i społeczne te same, a anturaż zdecydowanie ponadprzeciętny.

Przyjeżdżając tu przenosisz się w czasie, trafiasz w scenografię rodem ze starego filmu, w gąszcz małych uliczek i labirynt łączących je przesmyków, w świat zmurszałej cegły i kamienia, zieleni, kadzideł, omszałego drewna, francuskich okiennic, chińskiej ornamentyki, a nade wszystko lampionów.

Ze względu na swe walory masto przeżywa oczywiście całoroczny boom turystyczny, ale polecam przyjechać tu pod koniec listopada/w grudniu, gdy skończą się juz największe deszcze, a temperatury oscylują wokół 20 stopni Celcjusza. Mam wrażenie, że nie ma wtedy ani wielkich tłumów ani kłopotów z noclegami. Nie ma też niestety wylegiwania się na oddalonych o kilka kilometrów plażach, ale kto by się tym przejmował, od plażowania jest przecież południe! W Hoi An warto posiedzieć kilka dni, posnuć się po uliczkach starego miasta, szczególnie wczesnym rankiem, gdy mamy niepowtarzalną okazję zobaczyć je pustymi. Pojeździć po okolicy rowerem, zahaczyć o morze i obserwować wzburzone fale, spacerować w świetle lampionów pośród niezliczonych knajpek, targowisk i małych sprzedawców papierowych latarenek, które puszcza się na rzece Thu Bon. Przede wszystkim warto spędzic tu czas by skorzystać z lokalnych atrakcji kulinarnych – wspaniałych restauracji kuchni francuskiej i wietnamskiej, kursów gotowania oraz ciekawej sceny street food. Można tu trafić na dania, o które trudno gdziekolwiek indziej, a jednym z nich jest mój absolutny hit – banh can. To karuzela smaków, faktur, nawet temperatur. Wgryzamy się w warstwy zimne i gorące, miękie, twarde, chrupiące i zupełnie kremowe, a każda z nich ocieka specjalnie przyrządzonym nuoc mam, czyli sosem rybnym. Zachwycające!

Stoisko z banh can Pani Tuat to miejsce, do którego codziennie w godzinach popołudniowych zjeżdża się mnóstwo lokalnych mieszkańców. Kilka godzin wystarczy, by wszystko zostało zjedzone i p. Tuat zwija interes. I tak codziennie:) Wyglądajcie jej skrytej pod małym daszkiem, otoczonej mnóstwem kolorowych torebek, miseczek i składników z których tworzy swoje cuda.

Banh can to chrupiące naleśniczki z ryżowego ciasta, do których pani Tuat wbija przepiórcze jaja (te z jajem nazywają się banh can trung cut). Te gorące maleństwa, w towarzystwie wieprzowych kiełbasek, ladują na talerzu pełnym wiórków zielonej papai i ziół, gdzie traktowane są obficie chili oraz sosem rybnym. Pisałam już jak to niesamowicie smakuje? Warzywa są świeże, zimne i kruche, skwierczące jeszcze naleśniki chrupią w zębach a płynne żółtko rozlewa się w ustach gęstym, gorącym kremem. Do tego sama pani Tuat – uśmiechnięta, zadowolona kobieta, chichocząca na widok sesji zdjęciowej odbywającej się przy jej stoliku. Wróciłam do niej następnego dnia biegusiem 🙂 Aha, jedna porcja to koszt 25 000 VND (ok. 4 PLN).

Panią Tuat znajdziecie przy ulicy Nguyen Duy Hien, vis a vis restauracji Mermaid.

Obok p. Tuat rezyduje druga fajna pani sprzedającą sałatkę z papai z suszoną kałamarnicą, którą tnie nożyczkami. Świeża porcja pysznego jedzenia za 20 000 VND. Warto wziąć do niej ryżowego, chrupiącego krakersa za 5 000 VND.