Menu ☰

Banh duc – kleisty pudding ryżowy z mięsem


Nam od 20 minut sprawnie nawiguje w chaosie uliczek Starej Dzielnicy, a ja staram się dotrzymac mu kroku. Ludzie, wózki, samochochody, turyści, dzieciaki, motory – wszystko pojawia się nie wiadomo skąd pod naszymi kołami i znika w ostatnim momencie, tworząc ten niewiarygodnie rytmiczny strumień komunikacyjny miasta. Fakt, że jest sobota nie ma żadnego wpływu na szaleństwo godzin szczytu, tysiące mieszkańców Hanoi pędzi do domów w dzikim amoku, podkręconym dodatkowo przez szaro-czarne chmury kotłujące się na niebie. Upał, duchota, popołudnie…znowu będzie burza. Jej rychłe nadejście potwierdzają ciskające się w moje oczy paprochy i uderzające w kask gałązki drzew, które zrywający się co chwila wiatr miota bez opamiętania w każdym kierunku. Na kolejnych światłach Nam zerka na mnie spod kasku uspokajającym wzrokiem. Zdążymy. Gdy parkujemy nasze skutery na krawężniku jest już prawie czarno. Znikamy w wąskiej alejce i mimo parasola kabli nad naszymi głowami, czuję na plecach pierwsze chłodne krople. Wciskamy się na pięterko małej kamieniczki, razem z masą wietnamskich nastolatków i dokładnie w tym momencie zaczyna się – wiadra wody leją się z nieba i w ciągu kilku minut ulice zmieniają się w potoki, jakby ktoś rozsunął suwak wielkiej, wiszącej nad nami tamy. Stoje w drzwiach mikroskopijnego balkonu rozkoszując się delikatnym przeciągiem i bryzą od rozbijających się o posadzkę kropel. Nadal jest parno i gorąco ale już wiem, że za kilka minut woda zmyje zaduch i przyniesie przyjemny, chociaż mokry, wieczór.
Miejsce, w którym się znaleźliśmy wydaje się doskonałe do przeczekania pierwszego oberwania chmury. Jest tu gwarno, klimatycznie, towarzystwa dotrzymuje nam piękny, rudy spaniel, a bogate menu zachęca zupełnie nowymi dla mnie pozycjami w bardzo przystępnych, jak na stolicę, cenach.
Na pierwszy głód wybieramy banh duc nong, które było celem naszej wyprawy i serwowane jest w tym miejscu co najmniej od kiedy mój kompan był ledwo odrastającym od ziemi kajtkiem. Nam nie mylił się, że trafi w mój gust! Mam przed sobą miskę ciepłego, delikatnego ciasta z kleistego ryżu z mieloną wieprzowiną, tofu, grzybkami mun, smażoną cebulką, ziołami, chili i sosem na bazie nuoc mam.


Zatapiam łyżkę w białym, ciągnącym budyniu, który wymieszany z tym bogactwem dodatków nie mógłby smakować bardziej ‘wietnamsko’. Mariaż tekstur, temperatur i smaków z dominującą, łagodną słodyczą ryżowego ‘banh’ rozpływa się w ustach i działa szczególnie kojąco w obliczu pomruków burzy za oknem.
Banh duc je się jako rodzaj przekąski, nie zaspokoi dużego głodu, co ma same plusy – ulewa nie odpuszcza, a karta kusi kolejnymi smakołykami.


Banh da to przysmak z nadmorskiej metropoli Hai Phong. Kwaskowy bulion ze skorupek kraba i pomidorów podaje się z charakterystycznym, grubym makaronem ryżowym banh da zabarwionym tajemniczym syropem (sekret każdego producenta, bazuje zdaje się na zielonej herbacie). Wybrałam wersje ‘thap cam’, w której ląduje troszkę każdego z dodatków serwowanych przez szefową kuchni. W misce znalazło się zatem tofu, mięciutkie kiełbaski, ciasto rybne, delikatne ‘crab butter’ i przepiórcze jaja, które uromaicone chrupiacymi kiełkami oraz sokiem z kilku niedojrzałych kumkwatów (zobaczycie je w wielu wietnamskich lokalach, wyglądają jak limonki o pomarańczowym, ‘mandarynkowym’ miąższu) smakują rewelacyjnie!


Bun oc chuoi dau to kolejna ciekawa pozycja oparta na tym samym, kwaśno-pikantnym bulionie. Nie dość, że gotowane, zielone banany są już same w sobie ciekawym dodatkiem do zupy znajdziecie tu przede wszystkim oc czyli ślimaki. Do tego pomidory, tofu, zioła i delikatny makaron ryżowy. Wymieniamy się z Namem miskami, wyjadamy najlepsze kąski i z pełnymi brzuchami wyskakujemy na wieczorną przejażdżkę po błyszczącym od deszczu mieście.


8 Lê Ngọc Hân, Hai Ba Trung, Hanoi. Wymienione dania kosztują od 15.000 vnd do 30.000 vnd. Możecie się tu też napić zielonej herbaty lub mleka sojowego.