Menu ☰

Banh cuon w Tay Ho

Jeśli lubicie naleśniki będzie Wam dobrze w Wietnamie. Można je tu znaleźć pod różnymi postaciami, chociaż rzadko na słodko, tak jak przyzwyczaiły nas polskie mamy. Są smażone z wieprzowiną i krewetkami banh xeo, pełna gamę zawijasów z papieru ryżowego (m.in. nem ran – smażone sajgonki, nem cuon, na południu zwane goi cuon, świeże, pełne chrupiących warzyw sajgonki “na surowo”, nem lui – mięsne szaszłyki, które wraz z ziołami i cienkim makaronem bun zawija się w papier ryżowy i wreszcie delikatne, robione na parze nalesniki z mąki ryżowej z farszem z mielonego miesa i grzybów – banh cuon (nad którymi już nie raz się rozpływałam). Zarówno na północy jak i południu kraju obowiązkowo akompaniuje im smażona cebulka i pokrojona, wieprzowa kiełbaska. W zależności od regionu dostaniemy furę ziół, lub kiełki fasoli mung czy drobno pokrojonego ogórka.

image

Banh cuon były moim pierwszym posiłkiem w Tay Ho, dzielnicy, w której zamieszkałam w Hanoi. Ze względu na Tet (wietnamski Nowy Rok) większosć sklepów, knajpek i straganów pozwijała się, ponieważ właściciele oddali się spędzaniu czasu ze rodzinami i czczeniu swychprzodków. Szczęśliwie dla mnie pewna młoda rodzina nie zamknęła swojego przybytku i 15 minut od mojego domu mogłam zajadać się codziennie ulubionymi naleśikami. Pieczołowicie przygotowywane przez 36-letniego Trunga, serwowane z mieszanką jędrnych, świeżych ziół i przede wszystkim wyjątkowo dobrą wędliną, która kryje w sobie nutkę cynamonu i podawana jest osobno w miseczce z ciepłym sosem, są naprawde dużym rarytasem. Porcja kosztuje 25 000 vnd i nadaje się w sam raz na średni głód.

image
image
Wyglądajcie tej tablicy przy ulicy Dang Thai May (jadąć od Xuan Dieu po lewej stronie, przed rozwidleniem) w Tay Ho

Miejsce to warto odwiedzić nie tylko ze względu na pyszne jedzenie, ale przede wszytkim otwartych właścicieli. Moje trzecie odwiedziny u nich zaowocowały wspaniałym, wspólnym lunchem, na który zostałam zaproszona po tym jak wytłumaczono mi na migi, że nalesników brak i już miałam się niepocieszona zabierać dalej. Zostałam zatrzymana, posadzona przy stole z żoną Trunga – Hoan, ich przyjacielem Thamem i dwójką zapatrzonych w telefony małych bąków – Nhi i Long’iem. W błyskawicznym tempie zaczęły pojawiać się kolejne, związane ze świątecznymi celebracjami, smakołyki (wszystkie przygotowane przez Hoan). Główną atrakcją był pyszny, gotowany w całości kurczak (thit ga), pokrojony tasakiem na mniejsze kawałki, które maczaliśmy w miseczce z solą, odrobiną pieprzu i soku z limonki. Obok gio bo drobno mielona wołowina uformowana w okrągły, płaski placek, pokrojona w ćwiarki i zajadana z nuoc mam. Nie zabrakło też zawijasów, były smażone nem cua be czyli sajgonki z krabem, najlepsze jakie do tej pory jadłam! Poza tym pojawiło się sporo warzyw: rau can xao – smażone z sosem rybnym zielsko, które w angielskim funkcjonuje jako ‘japońska pietruszka’ lub ‘chiński seler’, rau mang xao – chrupkie pędy bambusa przesmażone z mięsem, canh su hao – lekka zupa z kalarepy z kawałkami marchewki. Jakby teg było mało pojawiło się noworoczne banh chung, ciasto z kleistego ryżu, wieprzowiny i fasolki mung, które zajadaliśmy z ziołami i sosem sojowym. Był oczywiście obowiązkowy ryż i dla mnie zupełnie zaskakująca (głównie ze względu na porę – było ledwo po 12:00) butelka francuskiego, wytrawnego wina. Próbowałam bronić się przed dolewkami, ale przecież w gościach trzeba brać co dają 😉
W sumie spędzilismy razem ze 2 godziny porozumiewając się z pomoca google.translate w telefonie Trunga, moich rozmówek wietnamskich i paru podstawowych słów, które moi gospodarze znali po angielsku. Było sporo śmiechu, a na koniec wycieczka trzema skuterami (było jak trzeba – jechaliśmy we trójke z Hoan i Longiem) na kawę do ich ulubionej kawiarni. Wpadnijcie tu, może Wam też się tak poszczęści!

image
image
image
image
image