Menu ☰

Jem by żyć czy żyję by jeść?

image

Słowa, które wypłynęły ze mnie 6 miesięcy temu, w nocy. Powrót do nich po takiej przerwie pozwala mi dostrzec, że coś się ruszyło. Ale wracam, bo wzorzec nadal jest i dziś znów mnie dopadł – miał coś ukoić, ale przerwał tylko tamę szarego, szlamowatego smutku. Jestem tym zmęczona… ale w sumie stało się dobrze, bez dzisiejszej porażki, nie widziałabym progresu. Zmiany, która pozwala mi stanąć obok siebie i patrzeć. Tyle. Dostrzegać dzieciaka, który łapie się różnych sposobów jakie znał, żeby jakoś sobie poradzić ze strachem przed samym sobą. Obserwować i próbować dodać mu otuchy zamiast oceniać i krytykować. Widzieć i wiedzieć że dzieciak sobie poradzi. I przy tym zaufaniu zmęczenie jakoś blednie. Bo wiem, że to wszystko ma sens i po prostu nie ma być ani szybciej, ani inaczej, ani z czyjąś pomocą – ma być po prostu tak, jak jest.

Nie śpię dobrze. Budzę się w nocy do śpiewu muezinów, gryziona przez komary, głodna… Znowu jedzenie nie daje mi spokoju. Moja radość, moja iskra ciekawości ale też mój bagaż, mój sposób na smutek i stres, mój szybki strzał endorfin, mój najsilniejszy narkotyk. Moja relacja z jedzeniem. To jest body copy do hasła ‘moje życie’. Jeżeli cokolwiek mam do zrobienia na swojej drodze do harmonii, do zdrowia, do spokoju głowy to jest to właśnie naprawienie tej relacji. Kolejne lata mojego życia mijają na miotaniu się od radości smakowania świata, do poczucia winy, wewnętrznego gniewu, osądzania czy wręcz chęci autodestrukcji. Przyjemność jedzenia jest tak duża, że nie umiem jej często zatrzymać, męczę swoje ciało, każde mu przyjąć więcej niż jest w stanie. Rozpycham i przegrzewam żołądek, spowalniam i blokuję strumień odżywczej krwi, energii. Robię to zbyt często, a powstrzymanie się i próba zmiany nawyków okupione są bardzo dużym wysiłkiem, który ciągle idzie na marne.
Nigdy nie byłam niejadkiem, żyłam wg. zasady ‘lepiej zjeść i odchorować…’, marząc o zmianie na ‘1/3 żołądka dla pokarmów, 1/3 dla płynów i 1/3 dla Allaha’.
Jedzenie było jakimś sposobem na moje emocje, poprawienie ich, odbicie sobie czegoś. Przed każdymi egzaminami, maturą zawsze byłam z głową w lodówce. Jedno z moich najdalszych, silnych wspomnień związanych z jedzeniem jest z podstawówki – kończę zajęcia i pędzę do domu niesiona wręcz na skrzydłach jakąś oszałamiającą wizją zrobienia sobie czegoś ‘pysznego’. Zwykle to coś słodkiego, niemal zawsze z torebki. Lata 90-te, wiadomo, szaleństwo kolorowych produktów na nowym, wolnym rynku, brak wiedzy i świadomości jak są bezsensowne i niezdrowe. Te kolorowe kremy, budynie, kapuczino, sosy bolognese powstające ‘z prochu’ były moimi “guilty pleasures” zanim dorosłam do papierosów, czerwonego wina czy karty kredytowej. Właściwie nawet jak je odkryłam, a świadomość tego co jem zaczęła rosnąć okazało się, że umiem zrobić sobie ‘kuku’ niekończącą się liczbą misek zdrowej owsianki czy kanapek z awokado na pełnoziarnistej tekturze. Pomimo dużej wiedzy, pomimo życia związanego ze sportem, godzin w klubach fitness, na bieżniach, tłumaczenia innym czym jest wellness i pomimo długich okresów ‘nieżarcia’ , muszę ze smutkiem przyznać sama przed sobą, że mój związek z jedzeniem nadal pozostaje niezdrowy…