Menu ☰

Voyage voyage

Podobno pierwszy tydzień w nowym miejscu pozwala napisać o nim książkę. Potem już tylko rozdział, krótki akapit, jedno zdanie. To dlatego, że w tych początkowych dniach najwięcej chłoniemy, czujemy, przeżywamy. Wydaje mi się, że to czas gdy wrzuceni w inny wszechświat dostrzegamy najwięcej różnic w stosunku do tego oswojonego, który dobrze znamy. Obserwujemy, filtrujemy, wyrabiamy sobie zdanie i wydaje nam się, że wiemy. Dopiero po pewnym czasie uderza nas, że nie wiemy nic. Drugi, głębszy, dłuższy kontakt zmienia postrzeganie. Zauważamy inne perspektywy, zaczynamy gubić schemat. Im więcej wiemy, tym wiemy tak naprawdę mniej. Inna sprawa, że tracimy też świeżość, oswajamy się, nasz instynktowny zmysł obserwacji, wychwytywania różnic po prostu zanika. Nowe się oswaja i przestaje zaskakiwać.

Dziś stuknął mi drugi tydzień w Wietnamie. Chyba ostatni moment, żeby spisać to, czego inaczej nigdy już nie uchwycę. Nie jest to wprawdzie mój pierwszy pobyt tutaj, jest jednak zupełnie inny. Nie jest zamkniety żadnymi ramami. Nie przyjechałam z myślą o powrocie, jak dotychczas miało to miejsce. Jestem tu, by się zadomowić, uczyć, żyć, pracować. Być tu i być teraz.
Obserwuję Hanoi okiem kogoś, kto już wie czego się spodziewać, kto już posmakował i poznał to miejsce, kulturę, ludzi, tutejszy świat. Jednak poprzednio byłam tu tylko na chwilę wyrwaną z ‘prawdziwego’ życia. Jakbym zaglądała przez uchyloną kurtynę. Teraz wkraczam na scenę, zabrałam swoje życie ze sobą, a to chyba zmienia perspektywę. Najsilniej czuję to po oczywistej i niezmiernie naglącej potrzebie komunikacji, zrozumienia języka. Wcześniej wystarczyły rozmówki angielsko-wietnamskie, które w tej chwili wydają mi się śmiesznie ułomne. Mam poczucie jak bez tej umiejętności ograniczone są moje szanse poznania. Druga sprawa – pośpiech. Nie ma go. Uleciało (czasem wręcz męczące) ciśnienie, nakazujące wszystkiego spróbować, dotknąc, poczuć, sfotografować. Hati, hati – mam czas. Na jego miejsce wszedł niestety mętlik, którego nie znałam wcześniej, będąc tu tylko ‘przejazdem’. Przywiozłam ze sobą ten sam chaos, przed którym uciekałam. Właściwie mnie to nie dziwi, wiedziałam cały czas, że on jest w mojej głowie, a nie w miejscu, w którym jestem. Może miałam trochę nadziei, że nowa przestrzeń zadziała jako remedium. Niestety tak sie nie dzieje. Wiem jednak, że cała ta Podróż, która być może tutaj ma punkt kulminacyjny, jest właśnie po to, by odrzucić ostatnie, ograniczające wzorce i lęki. Czuję zmiany, nowe połaczenia, energię, która znajduje nowe ścieżki i tylko jakaś jej część kłębi sie jeszcze w zatęchłym, wymagającym przewietrzenia zaułku. Tu mnie zaniosło, żeby dokończyć to, co nie udawało się w domu. Mój własny bębniarz jest tu gdzieś za rogiem i nie mogę się doczekać aż go spotkam.

Zarys tego tekstu powstał w notesie i właśnie dzięki temu wyraźniej dojrzałam ten chaos we mnie. Niby drobnostka, ale zwróciła moją uwagę – cała strona zapisana różnymi charakterami pisma. Moje słowa, moje myśli w każdym możliwym kształcie – ściśnięte lub rozrzucone, proste, pochyłe, smukłe rozrastające się po chwili do krągłych i pękatych. Co kilka linijek zmiana. To chyba nieźle obrazuje, to co się dzieje wewnątrz i co zaczęło mnie męczyć. Chcę się wreszcie ujednolicić, stworzyć spójny plan na siebie i swoją drogę. Właśnie to dogoniło mnie osiem tysięcy kilometrów od domu, zaledwie po kilku dniach. Masa sposobności, obowiązków, spotkań, rzeczy do wykreślenia z rosnącej to do list. Jak to się stało, że już tyle tu muszę? Nic tylko biegać w kółko i odhaczać. Zamiast żyć, oddychać i iść naprzód.

Zatem pachnący cynamonem kraju – wyruszmy w tę podróż razem. Daj się poznać od nowa. Chcę się Tobą zachwycać, ale bez rozpraszania, kosztować nie zachłystując się, dać się nieść i płynąć, ale nigdzie nie pędzić. Czuje, że uważność i harmonia siedzą gdzieś na murku i tylko na nas czekają.