Menu ☰

A.F.G.O.

Another Fucking Growth Opportunity

Słowa, które cisną mi się na usta bezustannie, sprawiają, że ręce opadają do samej ziemi i zmęczona przewracam oczami. Ale za każdym razem, gdy odkrywam w sobie kolejne warstwy bajzlu, mimo tego całego zmęczenia i irytacji jakie towarzyszą jego uwalnianiu, gdzieś tam w środku rozpalam małe ognisko przy którym skaczę z radości.
Każda szansa na rozwój, dojrzenie schematu, który mną rządzi i możliwość uwolnienia się od niego to powód do celebracji! Ale to też kawał ciężkiej i bolesnej pracy, która przejawia się nie tylko zmianami w zdrowiu mentalnym i emocjonalnym, ale tez procesami, które targają ciałem. I tak, od 2 miesięcy, bujam się od gorączki do problemów z żołądkiem, od kataru do bólu gardła, od zmęczenia, spania jak dziecko, do zarwanych nocy, od wielkiej błogości, która rozlewa się po ciele jak balsam do boleśnie zaciśniętych w irytacji zębów…
Myślę, że do tej pory jedyne co umiałam robić w takich momentach to uciekać – od wszystkiego co wyzwala AFGO, a jeśli nie dało się tych zapłonów uniknąć to chciałam zagłuszyć efekty – używki, jedzenie, rozpraszanie się na wszystkich możliwych polach działały całkiem dobrze przez lata. Ale działać przestały wraz z pojawieniem się świadomości, że używam ich jako ucieczki. Więc teraz nawet jak uciekać chce, to nie wiem jak i gdzie. A prawda jest taka, że uciekać nie chce. Dlatego są takie dni jak dziś, kiedy patrzę w ocean, w słońce i proszę je, żeby podarowały mi więcej cierpliwości dla siebie. Cierpliwości do puszczania. Do uwalniania gniewu, bezsilności, irytacji. Te emocje są najtrudniejsze. Smutek i strach puszcza mi się jakoś dużo łatwiej. Frustracja, jaka potrafi się we mnie pojawić z powodu jakichś niezaspokojonych oczekiwań i projekcji względem innych osób i świata jest znacznie większym ‘potworem’. Ciągnie za sobą żółć, złość i chęć zepsucia wszystkiego wokół, a potem zniknięcia, zakopania się na dnie Świata. Dziś jest kolejny dzień, kiedy jest ze mną. Przyszła rano, w leniwą sobotę, na która miałam tyle pięknych planów. I bawi się ze mną, depcząc wszystkie pomysły na wolny dzień. Przykuwa mnie do podłogi, zabiera energię do działania i podstępnie przenika na bliską osobę, którą łatwiej oskarżyć o złe samopoczucie niż samą siebie. Odpowiedzialność za moje życie – trudno przełknąć, że nikt nie weźmie jej na siebie, że cała spoczywa w moich rękach, że moja trudna emocja jest we mnie i nie ma żadnego zewnętrznego winowajcy.
Od 2 miesięcy mam wrażenie, że AFGO przychodzi do mnie co chwila, co kilka dni. Wiem dlaczego. O ile ostatnie kilka lat to dużo pracy ze sobą, na polu budowania więzi z kobietami, odnajdowania się relacjach rodzinnych i towarzyskich to niewiele pracy zadziało się w przestrzeni związku – po prostu trudno ją wykonywać nie tworząc z kimś głębszej więzi. Ten czas bycia w samotności był mi potrzebny, ale przyszła dojrzałość do chyba najtrudniejszego wyzwania – kochania bez oczekiwań, kochania bez oceny, kochania drugiej osoby po prostu. To mocna lekcja, która pokazuje mi jaka jest moja miłość do siebie – bo to jak traktuje partnera jest dokładnym odzwierciedleniem tego, jak traktuję siebie samą. I tu jest dużo miejsca do pracy jak się okazuje. Pracy, która zaciska szczękę, wkurza, wyciska łzy, zaciska żołądek i każe tupać nogami. A potem zrozumieć, że wystarczy wziąć głęboki oddech i wszystko to puścić do cholery!